
- czy chcesz poleciec ze mna na plana cays i zobaczyc je teraz... - pyta P.- mozemy to zrobic? - pyta K.
- tak, ale przygotuj sie na rozczarowanie.

- jakie?
- poznales chyba historie karaibow. zniszczen, jakie dokonala kolonizacja zaczeta przez ciebie. dotycza one nie tylko indian lukaya ale i bujnej roslinnosci, ktora nieco przesadnie opisywales w swoim pierwszym liscie do izabelli i ferdynanda. po konkwistadorach przyszli kolonisci francuscy, angielscy, amerykanscy. (na karaiby uciekali lojalisci amerykanscy ktorzy trzymali strone anglii w czasie rewolucji 1779 r.) po wycieciu lasow pod uprawe trzciny cukrowej, moze tez po zmianie klimatu, wyspy bahama nie wygladaja juz na raj, ktory opisywales. tylko gdzieniegdzie sa ogrody. wyludnily sie. rafy sa tam piekne, ale dla ciebie to nic ciekawego, pewnie ich zreszta nienawidzisz.
- lecmy, chce to zobaczyc...
* * *

P wstaje rano, bardzo rano. w porze kiedy do osrodka-klubu w stella maris zjezdzaja sie furgonetkami mieszkanki dlugiej wyspy, aby podac nielicznym gosciom sniadanie a potem zmienic posciel w pokojach, P zalapuje sie na taksowke na pobliskie lotnisko zamowiona przez johna. to wlasciciel lodzi motorowej pozostawionej w porcie. john musi skorzystac z taksowki powietrznej, ktora odlatuje za godzine do stolicy, nassau, a stamtad regularnymi liniami do domu. mechanik przyleci tu w przyszlym tygodniu wymienic pompe paliwowa, ktora przecieka i nie daje sie uszczelnic.

lotnisko jest chlodne, slonce dopiero co wstalo. wokol drzew krazy samotny koliber. pod kopula samolotu zebralo sie jednak wczorajsze ogrzane powietrze. wietrzenie idzie szybko, mozna wsiadac. kolujac na start po pustym pasie, P patrzy w prawo, pomiedzy dwa male budynki stanowiace lotnisko. na jednej z trzech lawek stojacych na placyku wysypanym bialymi kamieniami - kawalkami rafy - siedzi john i macha na pozegnanie reka. P odpowiada tym samym gestem. odrywa sie od ziemi zaburzajac rykiem silnika poranny spokoj wyspy. droga do plana cays jest prosta. ponad godzine lotu pod sredni wiatr. nabrac wysokosci, wyjsc ponad nieliczne cumulusy, chlonac widok. minac wyspe crooked, przeleciec nad polnocna czescia acklins.

znowu chlonac widok. wysokosc 7500 stop, predkosc 144 wezly. jeszcze tylko 20 mil morskich do celu, osiem minut lotu, by wsluchiwac sie w cisze na czestotliwosci 122.8 i miarowy rytm silnika.
na horyzoncie pojawia sie ciemna kreska - zachodnia wyspa plana. nie wyglada okazale, z wysokosci dwoch i pol kilometra. P najpierw obleci plana cays na duzej wysokosci, potem obnizy lot tak jak to bedzie mozliwe. 
wybierze taka predkosc i wysokosc, zeby w razie usterki miec wystarczajaco duzo energii aby poderwac sie wyzej, zwolnic i zaczac opadac na miejsce ladowania awaryjnego na bezludnej wyspie plana. ten robinson crusoe wzial ze soba wielkie swiece dymne, bo nie zamierza spedzic kilku lat na plana. raczej kilku dni - mysli - tu nie pozostalo wiele z lasu ktory osloni przed sloncem, nie mowiac juz o kozach i innych pietaszkach. ladowac awaryjnie na plazy?...
to zalezy, jak beda te plaze wygladaly. w wodzie przy plazy? moze... ale musialaby byc na tyle gleboka zeby... - ciag mysli P przerywa widok obu wysp naraz.
teraz trzeba zrobic pare zdjec z gory, zeby objac cala wyspe. skrzydla zaslaniaja widok w dol. P usuwa je z pola widzenia obracajac samolot o 90 stopni na bok, albo probujac celowac aparatem w "gore" i robic zdjecia w polowie radosnej beczki. nic z tego, w modzie auto aparat ma za duze opoznienie i trudno jest trafic na odpowiedni moment. lepiej klasc sie w ciasny zakret. 
wyspa wschodnia jest dluga, ma wiele kilometrow. widziana z gory, jest jednak mala. otoczona rafami po obu stronach, tak jak w kronice krzysztofa. wydaje sie byc wielkim statkiem sunacym przez kolorowe wody atlantyku.

obie wyspy maja rowniny wypelnione luzno krzakami oraz lasy drzew, palm, wokol stawow ze slodka woda o brazowej od podloza barwie. jedno z takich jezior opisal K. ale nie ma tu mowy o zadnych licznych ani duzych rzekach. ani tu, ani na rum cay (concepcion) ani na hispanioli, szczerze mowiac nigdzie. inny dawniej klimat czy zmyslone? raczej zmyslone. chociaz.. K porownywal bahama z wyspami kanaryjskimi. te ostatnie opisal takie jakie sa teraz, plus minus. wiec nie wiadomo.


przybrzezne, zdradliwe rafy, przez ktore kolumb musial przesiasc sie z okretu do szalupy spuszczonej na wode w wiekszej odleglosci. nie wygladaja wcale groznie, nawet z wysokosci 10 m nad woda. moze tylko ta jedna, wystajaca spod wody. fale lamia sie na niej a ped wody korale kieruja w niebo wysoka fontanna. wyglada to jak stado wielorybow. takie niewinne rafy potrafily rozbic okret flagowy wyprawy bez pomocy burzy. podobno dali wtedy ster mlodemu majtkowi. ale kto wie czy to prawda; P przeczytal o tym w 19-wiecznym powiescidle, w ktorym wiele rzeczy bylo podejrzanych.
i w koncu plaze. piasek usypany w niewielka gorke przez fale. tuz za nim zarosniety wydmowa roslinoscia pas zolto-zieleni. na plazy, mimo predkosci, oko wylapuje bez trudu wyrzucone przez ocean smiecie. puste butelki plastikowe po oleju silnikowym do lodzi rybackich, kawalki czarnych plastikowych rur, drewno.
czy mozna tu cos odszukac z dawnych lat? czy warto kopac, nurkowac? watpliwe. troche przygnebiajace. 
jeszcze jeden krag, jeszcze tylko jedno spojrzenie. aparat wyczuwa ten moment doskonale i odmawia zapisu zblizen zachodniej wyspy plana, tej wiekszej. teraz juz nie ma to tak wielkiego znaczenia.

wracamy - mowi P do M i K. widzieli i przezyli archipelag. raz odnaleziona guanahani nie zaginie juz moze wiecej.

i nic sie nie zmieni. tak, niña moze spoczywac spokojnie na dnie blekitu.













