format blogu

posty sa rozdzialami opowiesci. nie sa chronologiczne, raczej anty-chronologiczne ze wzgledu na format blogu. archiwum bloga jest spisem tresci (mozna np. kliknac na trojkacik przed "06/15-06/22", zeby zobaczyc wiele rozdzialow naraz. komentarzy nie cenzuruje. klikajac na zdjecia zobaczysz wersje wysokiej rozdzielczosci.

piątek, 4 lipca 2008

rozdz. 35



- czy chcesz poleciec ze mna na plana cays i zobaczyc je teraz... - pyta P.
- mozemy to zrobic? - pyta K.
- tak, ale przygotuj sie na rozczarowanie.


- jakie?
- poznales chyba historie karaibow. zniszczen, jakie dokonala kolonizacja zaczeta przez ciebie. dotycza one nie tylko indian lukaya ale i bujnej roslinnosci, ktora nieco przesadnie opisywales w swoim pierwszym liscie do izabelli i ferdynanda. po konkwistadorach przyszli kolonisci francuscy, angielscy, amerykanscy. (na karaiby uciekali lojalisci amerykanscy ktorzy trzymali strone anglii w czasie rewolucji 1779 r.) po wycieciu lasow pod uprawe trzciny cukrowej, moze tez po zmianie klimatu, wyspy bahama nie wygladaja juz na raj, ktory opisywales. tylko gdzieniegdzie sa ogrody. wyludnily sie. rafy sa tam piekne, ale dla ciebie to nic ciekawego, pewnie ich zreszta nienawidzisz.
- lecmy, chce to zobaczyc...

* * *


P wstaje rano, bardzo rano. w porze kiedy do osrodka-klubu w stella maris zjezdzaja sie furgonetkami mieszkanki dlugiej wyspy, aby podac nielicznym gosciom sniadanie a potem zmienic posciel w pokojach, P zalapuje sie na taksowke na pobliskie lotnisko zamowiona przez johna. to wlasciciel lodzi motorowej pozostawionej w porcie. john musi skorzystac z taksowki powietrznej, ktora odlatuje za godzine do stolicy, nassau, a stamtad regularnymi liniami do domu. mechanik przyleci tu w przyszlym tygodniu wymienic pompe paliwowa, ktora przecieka i nie daje sie uszczelnic.
lotnisko jest chlodne, slonce dopiero co wstalo. wokol drzew krazy samotny koliber. pod kopula samolotu zebralo sie jednak wczorajsze ogrzane powietrze. wietrzenie idzie szybko, mozna wsiadac.


kolujac na start po pustym pasie, P patrzy w prawo, pomiedzy dwa male budynki stanowiace lotnisko. na jednej z trzech lawek stojacych na placyku wysypanym bialymi kamieniami - kawalkami rafy - siedzi john i macha na pozegnanie reka. P odpowiada tym samym gestem. odrywa sie od ziemi zaburzajac rykiem silnika poranny spokoj wyspy. droga do plana cays jest prosta. ponad godzine lotu pod sredni wiatr. nabrac wysokosci, wyjsc ponad nieliczne cumulusy, chlonac widok. minac wyspe crooked, przeleciec nad polnocna czescia acklins. znowu chlonac widok. wysokosc 7500 stop, predkosc 144 wezly. jeszcze tylko 20 mil morskich do celu, osiem minut lotu, by wsluchiwac sie w cisze na czestotliwosci 122.8 i miarowy rytm silnika.

na horyzoncie pojawia sie ciemna kreska - zachodnia wyspa plana. nie wyglada okazale, z wysokosci dwoch i pol kilometra. P najpierw obleci plana cays na duzej wysokosci, potem obnizy lot tak jak to bedzie mozliwe.

wybierze taka predkosc i wysokosc, zeby w razie usterki miec wystarczajaco duzo energii aby poderwac sie wyzej, zwolnic i zaczac opadac na miejsce ladowania awaryjnego na bezludnej wyspie plana. ten robinson crusoe wzial ze soba wielkie swiece dymne, bo nie zamierza spedzic kilku lat na plana. raczej kilku dni - mysli - tu nie pozostalo wiele z lasu ktory osloni przed sloncem, nie mowiac juz o kozach i innych pietaszkach. ladowac awaryjnie na plazy?...

to zalezy, jak beda te plaze wygladaly. w wodzie przy plazy? moze... ale musialaby byc na tyle gleboka zeby... - ciag mysli P przerywa widok obu wysp naraz.

teraz trzeba zrobic pare zdjec z gory, zeby objac cala wyspe. skrzydla zaslaniaja widok w dol. P usuwa je z pola widzenia obracajac samolot o 90 stopni na bok, albo probujac celowac aparatem w "gore" i robic zdjecia w polowie radosnej beczki. nic z tego, w modzie auto aparat ma za duze opoznienie i trudno jest trafic na odpowiedni moment. lepiej klasc sie w ciasny zakret.

wyspa wschodnia jest dluga, ma wiele kilometrow. widziana z gory, jest jednak mala. otoczona rafami po obu stronach, tak jak w kronice krzysztofa. wydaje sie byc wielkim statkiem sunacym przez kolorowe wody atlantyku.

obie wyspy maja rowniny wypelnione luzno krzakami oraz lasy drzew, palm, wokol stawow ze slodka woda o brazowej od podloza barwie. jedno z takich jezior opisal K. ale nie ma tu mowy o zadnych licznych ani duzych rzekach. ani tu, ani na rum cay (concepcion) ani na hispanioli, szczerze mowiac nigdzie. inny dawniej klimat czy zmyslone? raczej zmyslone. chociaz.. K porownywal bahama z wyspami kanaryjskimi. te ostatnie opisal takie jakie sa teraz, plus minus. wiec nie wiadomo.




przybrzezne, zdradliwe rafy, przez ktore kolumb musial przesiasc sie z okretu do szalupy spuszczonej na wode w wiekszej odleglosci. nie wygladaja wcale groznie, nawet z wysokosci 10 m nad woda. moze tylko ta jedna, wystajaca spod wody. fale lamia sie na niej a ped wody korale kieruja w niebo wysoka fontanna. wyglada to jak stado wielorybow. takie niewinne rafy potrafily rozbic okret flagowy wyprawy bez pomocy burzy. podobno dali wtedy ster mlodemu majtkowi. ale kto wie czy to prawda; P przeczytal o tym w 19-wiecznym powiescidle, w ktorym wiele rzeczy bylo podejrzanych.
i w koncu plaze. piasek usypany w niewielka gorke przez fale. tuz za nim zarosniety wydmowa roslinoscia pas zolto-zieleni. na plazy, mimo predkosci, oko wylapuje bez trudu wyrzucone przez ocean smiecie. puste butelki plastikowe po oleju silnikowym do lodzi rybackich, kawalki czarnych plastikowych rur, drewno.
czy mozna tu cos odszukac z dawnych lat? czy warto kopac, nurkowac? watpliwe. troche przygnebiajace.

jeszcze jeden krag, jeszcze tylko jedno spojrzenie. aparat wyczuwa ten moment doskonale i odmawia zapisu zblizen zachodniej wyspy plana, tej wiekszej. teraz juz nie ma to tak wielkiego znaczenia.

wracamy - mowi P do M i K. widzieli i przezyli archipelag. raz odnaleziona guanahani nie zaginie juz moze wiecej.



i nic sie nie zmieni. tak, niña moze spoczywac spokojnie na dnie blekitu.

rozdz. 34


- czy mozemy teraz, w koncu, porozmawiac o twojej pierwszej podrozy, o nawigacji i
wyspie guanahani. ktora nazwales san salvador?
- prosze bardzo - zgadza sie K.
- zobaczymy czy zgadne... proponowano tyle roznych miejsc pierwszego ladowania, te wszystkie czerwone kolka.
- probuj...
- ok, zacznijmy od nawigacji. wiesz jaki mam z toba problem. spisales dziennik podrozy, nazywany diario. orginal byl poczatkowo w posiadaniu krolowej lecz gdzies zaginal. kopie diario przekazal, jak mogl dokladnie, de las casas w "historia de las indias" (1561). tam twierdzi, ze w dzienniku sa zapisane dwie kolumny liczby przebytych dziennie mil, jedna wieksza - prawdziwa i druga mniejsza - dla zalogi. wszystko po to, zeby nie panikowali, ze sa tak daleko od domu do ktorego, badz co badz, mogli nie wrocic.
- tak, tak, ale to bzdura. nie rozumiem, jak kogos moglbym uspokoic tym, ze zamiast 1200 mil do palos jest 'tylko' 1000 czy cos takiego. moja zaloga liczyla dni podrozy, nie mile. poza tym nie bylo zadnej paniki ani buntu.
- zgadza sie, tak myslalem. wiec to byly kolumny dwoch roznych mil?
- oczywiscie, mile wloskie (ktore poznalem za mlodu) byly krotsze, a arabskie, portugalskie i kastylijskie dluzsze. jak wiesz, bylem dobrym zeglarzem i poslugiwalem sie swietnie metoda nawigacji, ktora teraz smiesznie nazywacie dead reckoning.
robilo sie to tak. majtek na pokladzie co godzine mierzyl predkosc w wezlach i notowal tez kierunek wg igly kompasu, na takiej specjalnej desce; stopniowo z tego dostawalo sie dzienny kurs i odleglosc, ktora nanosilem na siatke wspolrzednych. wszystko to notowalem skrzetnie w zurnalu podrozy. stad wiedzialem gdzie jestem, pomijajac takie rzeczy jak prady morskie i dokladna wielkosc deklinacji magnetycznej - odchylenia kierunku polnocy magnetycznej od geograficznej. zjawisko deklinacji odkrylem juz w dzien po tym jak na horyzoncie za nami zniknela kanaryjska wyspa hierro. igla kompasu coraz bardziej odchylala sie od gwiazdy polnocnej. to rzeczywiscie bylo z poczatku przerazajace, ale zaloga nie zdawala sobie sprawy z takich niuansow. zrozumialem, ze igla pokazuje jakis odlegly punkt na ziemi i o dziwo mialem racje. bo w ogole nie bylem zbyt mocny w geometrii.
- to wyjasnia pewne dawniejsze pytania i rozbieznosci.
zalozmy, ze kopia dziennika przekazana przez twojego kronikarza jest dokladna. czy mozemy to zrobic?
- chyba tak, zajrzalem tam niedawno i wszystko oprocz paru malo waznych opisow zgadza sie z tym co pamietam.

- ok. probowano wielokrotnie odtworzyc twoja trase krok po kroku, w oparciu o dziennik. dead reckoning nie jest jednak metoda wystarczajaco dokladna, by odpowiedziec jednoznacznie, na ktora wyspe archipelagu dotarles. keith pickering to dokladnie zbadal. wedlug dawniej przyjmowanych zalozen co do kata deklinacji magnetycznej w koncu 15-go wieku, o ktorym dopiero co wspomniales, mogles wyladowac na jednej z kilku obecnych out islands, czyli wysp zewnetrznych bahama:
watlings (nazywane obecnie san salvador), samana, plana cays, i tak dalej.

P patrzy na K, probujac zgadnac jego mysli.


- na szczescie, modele wedrowki pola magnetycznego ziemi nieco ostatnio ulepszono. pickering odnotowal niedawno, ze wedlug niego ta zagadka juz jest rozwiazana.
wyspa zgodna jednoczesnie z twoim zurnalem podrozy transatlantyckiej, jak i pozniejsza trasa pomiedzy wyspami, owa guanahani, to plana cays, tworzace jeden obiekt na niektorych mniej dokladnych mapach. w rzeczywistosci to dwie bardzo bliskie wyspy, lezace pomiedzy wyspa acklinsa i mayaguana. jesli sie przyjmie inna hipoteze, zaraz pojawiaja sie spore niezgodnosci z kierunkami i odleglosciami do nastepnych czterech wysp, zapisanymi przez ciebie.
- tak, moge potwierdzic, ze wyspa byla podwojna. pisalem o tym w moim dzienniku - przytakuje K.
- szkoda tylko, ze nie napisales tego tam jasniej. wiele o tym bylo dyskusji ...
- napisalem, ze ma takze wschodnia czesc. przeciez nie pisalbym tak o wyspie, ktora nie ma kilku czesci, bo to bylby truizm!
- a co do wielkosci wyspy, tez moglbys napisac jasniej niz tylko, ze byla "dobrego rozmiaru", bueno grande, co mozna roznie odczytac, tez jako "duzych rozmiarow".
- nie byla duzych rozmiarow, gdyz inaczej nie dalibysmy rady oplynac jej w czasie, wymienionym w dzienniku: oplynelismy san salvador praktycznie w jeden dzien szalupami. to byla dosc gesto zaludniona, ale mala wyspa, na ktora nie warto bylo wracac w nastepnych wyprawach.

piątek, 20 czerwca 2008

rozdz. 33

- ciagle pozostaje jakas twoja tajemnica, ktora skrzetnie ukrywales przed wszystkimi, zwiazana z pochodzeniem - ponawia swoja probe P. - czy chodzi tu o to, ze twoj krewny, admiral guillome casenove coulon, walczyl przeciwko koronie, przeciwko ferdynandowi aragonskiemu? a moze christobal colon to kompletnie wymyslone zastepcze nazwisko, doslownie: ten ktory nosi chrystusa i ducha swietego (golebia=colombo), bo orginalne zdradzalo zbyt latwo pochodzenie zydowskie, z zydowskich przechrztow, converso.
pod koniec 15 w. zydow, a nawet niektorych converso przesladowno i pedzono z hiszpanii. ale jesli tak, dlaczego nie miales niemal zadnych zwiazkow z zydami. tylko w testamencie - kazales dac pol zlotej monety zebrakowi z dzielnicy zydowskiej, o ile pamietam, madrytu. jest jeden zurnalista z ibizy, ktory twierdzi ze byles ibizanskim krypto-zydem mowiacym po katalonsku, co maja potwierdzac, jak twierdzi, przecieki z utrzymywanych ciagle w tajemnicy testow DNA robinych przez zespol dra lorente.

- czasem przyjemnie miec tajemnice. na ogol po prostu trzeba je miec. a ty, pawle, nie masz zadnych tajemnic?
- mam i to nawet kilka - odpowiada P, nie patrzac na K.
- czy chcesz o nich opowiedziec?
- no.. raczej wolalbym nie - probuje sie smiac P. nie podoba mu sie to odwrocenie rol. wolalby juz zakonczyc na dzis rozmowe.
- a widzisz... - daje mu spokoj K., patrzac na drobne fale w dziwnej, prostokatnej sadzawce otoczonej cieplymi, kamiennymi plytami.

* * *



jest ranek, poprzedzajacy 141 rocznice powstania, konfederacji, kanady jako dominium angielskiego w ameryce. potem stopniowo coraz mniej angielskiego. coz za dziwny kraj. nazwany przez nieporozumienie przez jacka cartiera w 1535 r., wyslanego przez krola francji w poszukiwaniu zlota, diamentow i drogi - no dokad? oczywiscie, do azji! skad my to znamy. K cieszy sie, kiedy to slyszy. przypomina, ze droga polnoca do azji to cel wczesniejszej eksploracji dunskiej w 11 w. wyprawy wikingow umozliwil prad grenlandzki, plynacy na zachod.


gdyby dwoch nastolatkow indianskich zagadnietych przez cartiera zrozumialo go lepiej i nie odpowiedzialo "kanata" na zapytanie o nazwe osiedla stadacona (dzisiejsze miasto quebec, podczas gdy kanata oznaczalo po huronsku/irokezku wioska), moze mielibysmy dzis stadaconie a nie kanade. tymczasem, na poczatku 18-go wieku nazwa kanada obejmowala juz nie miasto, czy nawet region, tylko praktycznie caly amerykanski midwest daleko na poludnie, az do obecnej luizjany.
ale takie rzeczy jak czerwony listek klonu i hymn "o canada" maja tylko pol wieku. niedlugo moze powstanie jakis narod kanadyjski, chociaz szanse nie sa zbyt wielkie, bo nikt nie wie jaki mialby byc. poszukiwanie definicji kanady trwa, moze jest w ogole niepotrzebna. to kraj wszystkich, ktorzy tu przyjezdzaja i zyja nie skaczac jeden drugiemu do gardla. prawdziwy ewenement. powinni oprzec na tym turystyke. "prosze panstwa, po lewej i prawej stronie widzimy teraz jedyna dzielnice muzulmanska w kraju zachodnim, gdzie nie pala sie samochody".

gdyby nie K, swiat potoczylby sie jakims alternatywnym torem i P jest przekonany, ze kanada nazywalaby sie tupona (the united provinces of north america - prawdziwa propozycja!), borealia, transatlantia, albo jakos jeszcze smieszniej. w kazdym razie smieszniej, niz "wioska" w ledwo zywym jezyku irokezow.

* * *

rozdz. 32


- hmmm. nie wiadomo od czego zaczac - zastanawia sie P.
- od genuenczykow - prosi K -
lubie ich, zreszta w pewnym sensie jestem genuenczykiem i w sprawach sadowych zeznawalem jak taki. musisz jednak pamietac, ze wtedy nie mielismy narodow i paszportow, ani zespolow pilki noznej w finalach europejskich. kastylia wygrala, slyszalem?
- hiszpania. my nie wnikamy w to, ze hiszpania zaczela sie od kastylii. moze to zle, ze nie kibicowalem... ale komu: hiszpanii czy wlochom? moze portugalii, grecji, francji lub norwegii?
- pozwol, ze nie odpowiem. bedziesz musial glowic sie dalej. jestem czlowiekiem znikad nie przez przypadek.
- wiesz, krzysztofie, ja tez jezdzilem po swiecie. bylem znikad. a przeciez mozna byc obcym i we wlasnym kraju. czy nie tak nazywales siebie samego w pamietnikach?
- nie pisalem pamietnikow, a juz na pewno blogow. ale tak, zdarzalo mi sie tak siebie nazywac.
- wiesz, ze to sugeruje jeszcze jedna teorie...
- przepraszam, ze ci przerwe. dokoncz, jesli mozesz, o genuenczykach.
- ok, genua. wlosi wierza, ze urodziles sie w 1451 r. w domu, ktory stoi do dzisiaj, ze nazywales sie cristoforo colombo, ze reprezentowales kupcow genuanskich w portugalii, a rodzina colombo wyslala jednego czlonka na sluzbe do ciebie, admirala krola hiszpanii. maja na to dokumenty.
- to malo. czy maja dowody, ze ja znalem ich?
- nie bardzo. wszyscy przyznaja, ze nie ma ani skrawka papieru na ktorym pisalbys do swej rzekomej rodziny, a zwlaszcza pisal po genuansku.

K przytakuje, ale wtraca:
- ten argument mozna zbic. genuenski nie byl za mojej mlodosci dialektem pisanym.
- no dobrze. ale nie ma dowodow, ze komunikowales sie z kimkolwiek pisemnie po wlosku, nie tylko a dialekcie ganuenskim. ani slowa!
- moge tylko powiedziec, ze znalem wloski i dialekt genuanski.
- wlasnie o to chcialem spytac. dlaczego wiec nie uzywales go? dlaczego pisales dziennik podrozy po lacinie, miejscami uzywales greki i wspominales czesto o wyspie chios (lub jak pisales z grecka xios), ktora byla w tym czasie w posiadaniu genui. znales swietnie hiszpanski, to znaczy kastylijski, chociaz robiles w nim drobne bledy. co ciekawe, nie takie jak robia wlosi tylko takie, jak zwykli robic portugalczycy lub katalonczycy z walencji czy balearow - z majorki lub ibizy. twoi bracia tez pisali po hiszpansku, nie po wlosku. a na dodatek zdobiles czasem litery na wzor hebrajski.
albo ten twoj podpis! to juz w ogole zagadka, piramida-kryptogram z liter: .S., a nizej .S.A.S. czy to znaczy "salve acaunum sacrum"? acaunum to lacinska nazwa miejsca meczenskiej smierci czarnego swietego maurycego. jakies zwiazki z jego zakonem rycerskim w ktorym sluzyli czlonkowie rodziny colombo z genui? sa ludzie ktorzy mysla, ze nalezales do zakazanego od 1307 r. zakonu templariuszy... las casas w istocie napisal o twojej przynaleznosci do jakiegos nie znanego mu zakonu, a twoj portugalski tesc bartholomeu perestrello byl zwiazany z zakonem chrystusa, legalnym kontynuatorem templariuszy.

czy rozwiklasz choc jedna zagadke?

- moja rodzina nie pochodzila z genui. tamtejsi colombos to nie moi krewni, w kazdym razie nie bliscy krewni. nawet ich nie znalem. w mojej rodzinie nie handlowano welna tylko plywano po morzu, od dawna. nie bylem w niej pierwszym admiralem.
- ok, to wiele wyjasnia - P usmiecha sie, zadowolony z tego, co slyszy. K wydaje sie troche zmeczony, P musi odlozyc reszte pytan na pozniej.

* * *

- wiesz, ze nie wiadomo do konca kiedy sie urodziles. rok 1451 oparty jest na dokumencie ktory wydaje sie falszywy, zwlaszcza jesli uwierzyc stwierdzeniom kronikarzy znajacych cie osobiscie, takich jak andrés bernáldez, ze umierajac w 1506 r. miales okolo 70 lat.
nie wiemy tez na 100% gdzie leza twoje kosci. nie tylko z toba sa takie problemy. mamy w naszej literaturze taki wiersz cypriana norwida, ktory... ha! tu cie zaskocze, odbyl podroz do ameryki w 1853. ze sztormami, z glodem i cholera na pokladzie. a trwala ona 62 dni, podczas gdy twoja prawie dwa razy krocej.
- tak? nie korzystali pewnie z odkrytych przeze mnie pasatow.
- nie, plyneli prosto do nowego jorku.
- no coz... mielismy w pierwszej wyprawie sporo szczescia. wiesz, ze zrobilem cztery wyprawy i nie zawsze sie tak udawalo.
- norwid napisal taki wiersz, w ktorym pyta w czym zawinili slynni ludzie, ze za zycia sa niedoceniani, a ich kosci sa bez przerwy przenoszone z miejsca na miejsce. wszyscy je sobie wyrywaja, albo je gubia, zamiast zostawic w spokoju. nie pamietam czy o tobie wspomnial, ale pasowalbys jak ulal.
- "Cos ty, Kolumbie, zrobil europie, ze ci trzy groby we trzech miejscach kopie, okuwszy pierwej?..."
- znasz to!?
- bywalo, ze nie mialem zbyt wiele do roboty, wiec czytywalem rozne rzeczy o sobie. o swoje sprawy trzeba dbac, bo inaczej.. tak jak mowi ten wiersz, bylem zniewazany i aresztowany, wieziony pod pokladem do hiszpanii, musialem sie wloczyc po sadach, walczyc o swe prawa.

P waha sie, czy spytac o prawdziwosc zarzutow w tych sprawach sadowych. tylu swiadkow przysiegalo, ze K zarzadzal wyspami okrutnie, torturowal. z drugiej strony, ci co chcieli go odsunac od wladzy nie zawsze postepowali lepiej... nie warto w to wchodzic, przypomina to problem polskich teczek - mysli P.
- udalo ci sie odzyskac przywileje?
- nie, nie tak jak byloby to sprawiedliwe. ale nie umarlem jako biedak, chociaz to jedno mi sie udalo! i co nieco rodzinie sie dostalo.

* * *

- o wlasnie - nagle przypomina sobie P. -mialem cie zapytac o bardzo wazna rzecz, wlasciwie o dwie
- ?
- dzisiaj, kiedy o tobie wspominamy, myslimy o czlowieku ktory mial pasje, wrecz manie, podrozy na daleki wschod, plynac na zachod. ilez to lat nachodziles sie po dworach, by przekonac do sfinansowania wyprawy? 17?! droga do indii. podobno nawet umierajac wierzyles, ze odkryles te droge, ze dotarles do cathey (chin). widzialem twoj kontrakt z izabella i ferdynandem spisany przed odkryciem czegokolwiek. zapewniles sobie w nim wiele przywilejow. po pierwsze, jak do diabla udalo cie sie przekonac izabelle (ferdynand byl chyba do konca przeciwny?)
- przekonywalem ale bezskutecznie. to naprawde zasluga dwoch mnichow, moich przyjaciol. mieli lepsze gadane, moze za dobre - naoopowiadali jej tyle o zlocie i bogactwach chin, zawyzajac oczekiwania. ale nie mam im tego za zle, sam to tez robilem. w istocie, moje szanse na zalatwienie finansow malaly juz wtedy do zera. zaczynalem miec opinie szalenca. gdyby jezdzcy strazy izabelli nie dogonili mnie, odjezdzajacego z granady na osle, gdyby nie zawrocono mnie na tamtym moscie, mowiac o zmianie zdania krolowej, nie wiem czy zebralbym sie w sobie zeby walczyc dalej. pozostal mi wtedy juz tylko krol francuski, nadzieja i najmniejszej pewnosci ze mnie wyslucha.
- dlaczego jednak inni odmawiali, a izabella w koncu sie zgodzila?
- ja zawsze wierzylem, ale nikt inny. opierali sie na opiniach ekspertow. izabelli pomogla uwierzyc jej pazernosc i duma. zasadniczo, wykorzystujac dobry moment mnisi przekonali ja, ze po ostatecznym zwyciestwie nad maurami i wyzwoleniu od nich hiszpanii, teraz moze jeszcze zdobyc wyspy po drodze do chin, a moze cale terytoria na ladzie, moze nawet same chiny! nie ryzykowala duzo, wiesz ze np. pinta byly wlaczona do flotylli z jej nakazu ale na koszt pinzonow.
- naprawde byla tak naiwna? nie zaufala ekspertom ze do chin, wlasciwie do polozonych od nich na zachod wysp cipango (japonii), bo tak pisal marco polo, nie da sie doplynac waszymi malymi okretami o ograniczonym zapasie wody i zywnosci. nie da sie i juz. nawet dzisiaj zeglowanie przez caly pacyfik jest trudne, a ty proponowales atlantyk plus pacyfik. i to na statkach, ktorych zagle nie pozwalaly plynac pod wiatr!
- nie wiesz zbyt wiele o naturze ludzkiej... a co do zagli...
- poczekaj, a ty? byles naiwny? myslales ze ziemia jest wielokrotnie mniejsza niz jest?
- nie... tak jak juz mowiles, wiedzialem ze sa lady oddalone o piec-szesc godzin roznicy czasu od posiadlosci hiszpanii. wiedzialem z opowiesci marynarzy i wlasnych obserwacji w czasie podrozy.
wierzylem, ze ciagna sie na poludnie, jak w opowiesciach. czy bylem nieuczciwy mowiac o swoim celu? mijalem sie z prawda? musialem.

- a druga sprawa. dlaczego nagrody i przywileje dla don cristobala colona w umowie dotycza wysp i ladow podbijanych, w tej kolejnosci, a zadne nie nagradzaja po prostu odkrycia drogi handlowej do indii? lepszej od tej, ktorej poszukiwali uparcie portugalczycy, tacy jak twoj tesc, tzn. wokol afryki.
- wiesz, to nie ja tworzylem wasze mity. nie plynelismy handlowac. byl w pewnym momencie pomysl handlu niewolnikami, mieli byc przywozeni stamtad. ale nigdy nie byl zrealizowany, bo stali sie potrzebni na miejscu, na plantacjach. plynelismy nawracac i brac w posiadanie. po zloto.



* * *

- i to nie prawda, ze musiales przekonywac kogokolwiek o kulistosci ziemi?
- nie. jakis baran te historyjke wymyslil w 18-tym wieku.

* * *

rozdz. 31


P i krzysztof K siedza pod drzewem morwy, skad na kamienne plyty tarasu spadaja, a czasem sa zrzucane przez ptaki, czarne slodkie owoce.
- cos sie chmurzy - P spoglada odruchowo w niebo.
- nic groznego, zaufaj mi. moge zeglowac przy znacznie gorszej pogodzie.
- o tak, wiem. jak kolo azorow w powrocie z pierwszej wyprawy. czy zgubiliscie sie wtedy z kapitanem pinzonem?

- martin alonso pinzón!! ten sukinsyn odlaczyl sie ode mnie bez pozwolenia na isla juana, czy kubie, jak to teraz nazywacie. myslalem, ze leb mu urwe jak sie spotkalismy pare tygodni pozniej. ale nie mscilem sie, bo wracac bezpieczniej razem. jego pinta byla wieksza niz moja niña, najwieksza santa marie rozbilismy o rafy.. po drodze zastal nas sztorm jakiego nie widzialem. wlozylem wtedy kopie opisu ekspedycji do beczki, wyrzucilem za burte, zeby cos pozostalo.. po trzech dniach bylem pewien, ze pinzon zatonal razem z pinta. dowiedzielismy sie pozniej, ze w tamtych dniach sztorm zatopil sto portugalskich karawel.
- ale pinzon nie zatonal.
- nie. podczas gdy ja trafilem na azory, gdzie portugalczycy mieli mnie zreszta zamiar aresztowac, w koncu dotarlem do lizbony, gdzie chcialem bawic sie w dyplomacje, rozmawiac z krolem portugalii. a pinzon zeglowal dalej i wyladowal w koncu w polnocnej hiszpanii. on myslal, ze to ja zginalem w sztormie. do palos, naszego portu macierzystego, wrocilem wczesniej od niego zaledwie o pol dnia. ale pinzon dostal sie w nielaski krola i krolowej, a zaraz potem zmarl.


* * *

P przynosi owoce. proponuje cos do picia.
- to ladny ogrod, ale maly - mowi K wypatrujac przez zywoplot sasiada przycinajacego cos w ogrodku. - prawdziwy czy wymyslony, jak wy to nazywacie, wirtualny?
- prawdziwy... wiesz krzysztofie, balem sie, ze bedziemy musieli rozmawiac kwiecistym jezykiem z twoich czasow.. albo ze przynajmniej bede musial cie tytulowac Don Cristobal Colon, Christoforus Colom Oceanice classis Præfectus, czy jakos tak. miales tyle imon i nazwisk...
- mam zdolnosci jezykowe, a wasz jezyk nie jest trudniejszy niz, dajmy na to, genuenski.
- wlasnie, znales wiele jezykow, mozna powiedziec - zbyt wiele jak na jedna postac. a ta nasza polska gramatyka i wymowa.. niezly jestes. ale.. zaraz, wspomniales cos o genuenskim. czy to znaczy, ze nie pochodzisz z genui, jak to pisza w naszych podrecznikach? skad zatem?
- znikad :-)
- slyszalem, ze tak mawiales: vine de nada, przyszedlem znikad. przez ciebie glowimy sie i mamy przerozne teorie. wiele krajow chcialoby cie miec na wlasnosc. inni z kolei widza w tobie ludobojce. nie wiem czy na serio, jan z kolna to tez miales byc ty (wg. lelewela).
najbardziej podoba mi sie chyba hipoteza norweska, bo jest najbardziej zwariowana, a tlumaczy mi cos co trudno zrozumiec, twoja z pozoru szalencza wyprawe. miales urodzic sie w 1451 r. jako kristoffer bonde w nordjord, na polnoc od bergen. twoja rodzina byla arystokratyczna, spokrewniona z krolem karlem knutssonem bonde. ksztalcil cie podobno ksiadz z genui, zreszta twoj ojciec mieszkal dlugo tam, we wloszech. ty sam miales przyjaciela antona galle, rodzina galle mieszkala w nordfjord. ty i kristoffer mieliscie braci o tych samych imionach, a wasze rodziny bardzo podobne herby. wiec..?
- kontynuuj... - K pije lyk lodowatej wody i poprawia siwe wlosy.

- nie ma nic pewnego - mowi P - w norwegii poszukuja potomkow rodziny bonde, zbieraja probki DNA, zeby hipoteze sprawdzic, podobnie jak w wielu innych krajach. jesli to prawda, zrozumialbym
twoj nieprawdopodobny upor i przekonanie ze wrocisz zywy z wyprawy do chin lub japonii, co jak wiedzieli wszyscy jest niemozliwe. wedlug antycznych zrodel w ktore wszyscy wierzyli, lad pokrywal polowe ziemi, czyli 12 godzin roznicy czasu, reszta to ocean. nietrudno bylo oszacowac jak dlugo musialoby sie przez taki ocean plynac.


K nie spieszy sie z komentarzem, wobec czego P ciagnie dalej.
- brales udzial w 1477 r. w rejsie na polnoc od islandii. twoj znajomy bartolome de las casas twierdzi, ze dotarles do 73-go rownoleznika, moze wiec wyladowales w nowym swiecie (na ziemi buffina w kanadzie :-) 15 lat przed twoim "odkryciem" ameryki...
- tak, bralem udzial w tej wyprawie... nie ja jeden. i nie ja jeden slyszalem opowiesci rybakow o wikingach i ich vinland, kraju wina, winorosli (lub, jak to dzis mowicie, nowej funlandii). ale przyznam, ze nie czytalem islandzkich kronik, graenlendinga saga.
- hmm, a te inne zgodnosci?... - nie daje za wygrana P.
- powiedz mi lepiej o innych hipotezach, to swietna zabawa. - mowi K prostujac nogi obute w sandaly.